Nie zawsze jest tak cukierkowo jak by się chciało. Już jutro będziemy ze sobą rok. Dla niektórych niewiele, dla mnie naprawdę dużo. Po przebytych związkach zaczynających się od długości tygodnia (tego nawet nie można liczyć) do 4 letniego ogromnego zaangażowania... rok z Nim to zupełna odmiana. Dotychczas albo byli to zupełnie nie znający życia chłopcy, albo skurwiele którzy z nieznanych mi przyczyn zapragnęli mieć dziewczynę. Czasem zastanawiam się po co?? - jeżeli związek z nią jest dla nich katorgą. Ale nie o tym teraz..
Nie oszukujmy się, że żaden związek nie jest idealny. Każdy się czasem kłóci. Czasami zastanawiam się czy to we mnie jest coś nie tak? Zostałam kiedyś nazwana toksyczną. Może coś w tym jest? Nie będę robiła z siebie ofiary - i tak w życiu wystarczająco nią jestem (a może tylko robię z siebie taką?). Pierwsza kłótnia boli, bo pokazuje, że nie zawsze jest słodziutko, milutko i mysiopysiowato. Kolejne sprawiają, że dopuszczamy do siebie taki stan rzeczy. Gdy to wszystko się mnoży zastanawiamy się czy jest sens? Mam tak i nie chce się oszukiwać. Im bardziej bolą mnie słowa wypowiedziane w złości tym bardziej tracę pewny grunt pod nogami. Nie przestaję kochać.
Czasami tak wiele chciałabym powiedzieć, wytłumaczyć, ale nie mogę. Zbyt wiele emocji wkładanych w związek sprawia, że coraz gorzej wszystko znoszę. Coraz częściej po prostu "znikam", odpływam. Gapię się w ścianę i staję się obojętna na wszystko. Tak jak miewałam to 2 lata temu... 8h patrzenia w ścianę, podczas gdy za oknem wszyscy cieszyli się sierpniowym słońcem...
Czasem mam ochotę powiedzieć Mu jak to jest. Jak bardzo rani mnie jego brak wyczucia. Nie liczę, że zrozumie moją sytuację. A może liczę, że powie że wie jak to jest? Wiem, że On kompletnie nie wie jakie to uczucie, że absolutnie nie potrafi postawić się w mojej sytuacji... Jego niepohamowane pożądanie tylko pogarsza sytuację. Nie rozumie słowa "nie". I wtedy chce mi się płakać. Wtedy wszystko wraca... I wtedy pojawia się kłótnia. Może przyczyną jest moja niekomunikatywność? Podczas takich kłótni, na TEN temat czuje się cholernie samotna. Czuję, że On potrafi tylko krzyczeć lub wyrzucać mi za każdym razem te same argumenty... Gdy zaczynam płakać jest jeszcze gorzej. Tym samym pokazuję mu, że ma rację. A tak nie jest...
Bezsilność i niemoc w przekazaniu swoich chorych myśli jest czasem nie do zniesienia...A moja dusza pogrążona w stanie permanentnej depresji gaśnie coraz bardziej... (Tak. Trzeba przyznać przed samą sobą i Wam - ktokolwiek to czyta - mam depresję.)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz