Etykiety

niedziela, 24 lutego 2013

Współnastroje

Często mam ochotę napisać post na blogu, mam w głowie cały plan, a gdy biorę laptopa na kolana cała wena ucieka. Zastosuję tutaj bardzo poetyckie porównanie - moja wena ucieka, tak jak cała radość życia z Niego. Nie ma się jednak z czego śmiać, ponieważ to co się z Nim dzieje staje się dla mnie coraz cięższe do zniesienia. Jednak nie chodzi mi tutaj o znużenie czy zniecierpliwienie, ale komfort psychiczny. Gdy coś niedobrego dzieje się z osobą nam najbliższą czujemy niepokój, a przede wszystkim martwimy się. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że częściowo znam powód Jego stanu. Wiem dlaczego tak jest...ale nie potrafię mu pomóc. Czasami wyrzucam sobie, że to moja wina - nie poświęcam mu należycie czasu, nie mobilizuję go do zmian, nie jestem dobrą partnerką - niekiedy dochodzi to do stanu że jest nieszczęśliwy bo jest ze mną. Boje się, że ta druga część jego problemów o których nie chce mi mówić i które siedzą gdzieś w Nim głęboko dotyczy mnie i naszego związku. W moim przypadku - problemy zawsze upatruję w sobie...Kolejną sprawą jest fakt, że strasznie cierpię gdy widzę go w takim stanie. Na pewno nie chcę, aby skrywał się przede mną, udawał ze jest świetnie. Chciałabym jednak, aby coś zmieniło się w jego nastawieniu. Czasem boje się, że dopada go najzwyklejsza w świecie depresja - niemoc, przygnębienie, totalne zjazdy nastroju w dół. 
Amplituda humorów i nastrojów sprawia, że opadają mi ręce, nie wiem co robić - już przytulenie, o którym tak wiele mówił (i zapewniał, że tylko tego mu trzeba w takich momentach) nie wystarczają...

środa, 13 lutego 2013

Chórki

Czy możliwe, że dwie osoby - osobne ciała, 2 osobne rączki, 2 osobne nóżki - potrafią mieć jeden "telepatyczny" mózg? On pisał wcześniej o naszych wspólnych myślach, ale żeby powtarzało się to już notorycznie, prawie codziennie?
Siedzimy sobie dziś, przeglądając internet. Jestem dużym dzieckiem więc jakiś czas temu zapragnęłam konsoli - najlepiej takiej ruchowej. Niedługo musiałam czekać i mimo iż nie mamy drzewka z pieniędzmi, ani nie hodujemy "kapusty" w słoikach, w moich skromnych progach pojawiło się Nintendo Wii. Oczywiście kilka gier to za mało. Zaczęliśmy poszukiwać jej modyfikacji, innych gier. Czytamy wpis na forum po czym słychać chóralne "To w sumie nie jest takie trudne." Nie liczy się w tym momencie kontekst całego zdarzenia, a fakt że zaczynamy mówić to samo w tym samym momencie zaczyna robić się...nieco zabawny i jednocześnie dziwny - czy możliwe jest dobrać się tak dobrze, żeby ciągle mówić to samo?

niedziela, 10 lutego 2013

Pan i Władca.

Zdecydowanie zachował się wczoraj jak idiota. Chyba nie ma nic gorszego dla początkującego kierowcy-kobiety niż krytyka ze strony faceta. Niestety Ona wczoraj tego doświadczyła. Wiadomo, każdy z nas popełnia błędy, szczególnie na początku swojej kariery kierowcy. I myślę, że nie ma w tym nic złego, bo każdy uczy się na błędach i dobrze kiedy ktoś zwróci nam uwagę gdy je popełniamy. 

Wczoraj niewiele zastanawiając się opowiadałem o Jej błędach za kierownicą. Nie chciałem jej wyśmiewać, po prostu te sytuacje wydały mi się dosyć zabawne (chociaż ta wczorajsza sprawiła, ze serce podeszło mi do gardła i lekko zawilgotniały mi majtki) i nie miałem zamiaru z niej szydzić. Ona, odebrała to inaczej i wszystko nie potoczyło się najlepiej. Jest w tym dużo mojej winy bo zapomniałem, że Ona jest bardzo delikatna, przejmuję się nawet najmniejszą częścią swojego życia i tego jak inni ją postrzegają. Do tego jestem osobą która lubi prowokować innych, tak żeby wdać się w jakąś dyskusję i w ten sposób wykazać swoją wyższość nad inną osobą. I tu pojawia się kolejny mankament mojego charakteru. Sam również mam niskie poczucie własnej wartości i w połączeniu z wrednym usposobieniem sprawia to ze próbuję się dowartościować kosztem innych, niestety często odbija się to na Niej. Jest mi cholernie głupio, że tak wychodzi i nie umiem nad tym zapanować. Wiem, że z tego powodu bardzo nadwyrężam Jej zaufanie wobec mnie i przez to nie chce mi mówić wielu rzeczy bo boi się, że jakoś głupio to skomentuję, wyśmieję  Ją w towarzystwie innych ludzi i w ten sposób Ją powoli tracę. 

Trochę szkoda, ze ten blog przestał spełniać swoją podstawową funkcję jaką miało być opisywanie naszych zabawnych codziennych sytuacji. Może po prostu mamy ostatnio gorszy okres. Chociaż, nadal oboje zaczynami mówić to samo w jednej chwili, co świadczy, że nasze myśli krążą bardzo blisko tych samych tematów. Uwielbiam kiedy Ona się śmieje, gdy oboje leżymy w łóżku i Ona udając świnkę ratuje mnie-kozę tak jak na filmiku gdzie świnia ratuje topiącą się kozę. Powoduje to u mnie niekontrolowane wybuchy śmiechu i płaczu. Żałuję, że moje problemy mają przełożenia na nasz związek, że nie zawsze jest tak fajnie jak wtedy gdy oboje się uśmiechamy i nie myślimy o tym co sprawia nam przykrość. Mam nadzieję, że będę miał szansę Ją kiedyś zrozumieć, opowie mi co się z nią dzieje, a ja nie będę Jej zasmucał, a będę dla niej wsparciem którego potrzebuje. Mam nadzieję, że mi wybaczy moje wczorajsze zachowanie i wrócimy do swoich codziennych głupot.

czwartek, 7 lutego 2013

Rok

Ten blog nie miał być przesłodzonym wywyższaniem siebie i swojego związku. Miało nie być tutaj słodkich notek, ale raczej opis żartobliwych sytuacji z naszych dni. Jednak minął Nam rok. 
Kolejny wspaniały dzień, który tak bardzo przypominał mi Nasze pierwsze spotkanie. To samo miejsce, to samo piwo (nie, nie jesteśmy patologią spotykającą się na tyłach garażów). Znowu On, mający to samo spojrzenie, tak samo czuły. Nie musiało być tysiąca róż, romantycznej muzyki. 


Kiedy przesłał mi pierwszy raz powyższą piosenkę, to łzy stanęły mi w oczach. Niby nic, jakieś tam "ol aj nid iz juuu" śpiewane jakby się mogło wydawać przez stado gejów stojących nad urwiskiem. Jednak fajna muzyka i naprawdę słodkie słowa rozmiękczyły moje serce. 

Czasem zastanawiam się czym sobie zasłużyłam na Niego. Powinnam dostać kopa, a nie wspaniałego faceta.

Rok pożądania

To był naprawdę dobry rok. Cieszę się, że rok temu w moim życiu zaszła zmiana zwana Nią. Długi czas szukałem kobiety która potrafiłaby dać tak wiele ciepła i miłości. Do tego jest niesamowicie piękna i pociągająca, a jej spojrzenie, uśmiech i głos naprawdę sprawiają, że czuję się lepiej. Dzięki Niej wstaję z łóżka i próbuję coś zmienić, bo gdyby nie ona, nie wiem czy miałbym ku temu jakąkolwiek motywację.

Jest też niestety tego zła strona. Jej uroda i wewnętrzne piękno wywołuję u mnie ogromną fale pożądania. Momentami nawet porównywalną do obsesji. I gdyby nie pewne wydarzenia w jej życiu pewnie miałoby to na nasz związek dobry wpływ. Niestety (a może stety?) sprawia to duży problem. Znam przyczynę jej niechęci i strachu jaki wywołuje w niej bliskość i częsta natarczywość z mojej strony. I wiem, że powinienem być delikatniejszy, spokojniejszy i wyrozumialszy. Niestety, mężczyźnie w moim wieku, w obecności tak pięknej kobiety ciężko jest się opanować. Najgorzej jest jednak kiedy zaczyna płakać. Dla faceta nie ma nic gorszego niż płacząca kobieta, a jeżeli Ona płacze z powodu mojego zachowania to jest to horror. Ona nie zdaje sobie sprawy jak wielką bronią są jej delikatne kobiece łzy, że każda jest jak mały, bardzo ostry okruch szkła który powoli wbija się w serce, tnie je powoli, bardzo boleśnie. I długo już po tym kiedy zniknie, wyparuje zostawia ból nieporównywalny z żadnym innym. Wiem, że jestem temu winny i wiem, że nie mogę nic zrobić co by zmieniło tą sytuację. I wtedy popełniam kolejny błąd bo chcę pomóc, zrobić coś by było dobrze. Zaczynam się miotać, krzyczeć, uderzać w ściany i robić wszystko co robi ranne zwierzę kiedy nie może nic zmienić, jest uwięzione. Ona się zamyka, ja szaleję bo chcę coś zmienić. A prawda jest taka, że powinienem położyć się obok, przytulić ją i czekać aż będzie dobrze. Z drugiej strony wiem, że to nic nie zmieni, to nie wyleczy tego co zostało jej zabrane i zniszczone i chcę działać. Widzę jak cierpi a kocham Ją i nie mogę znieść tego bólu w Jej oczach. Cierpię razem z nią, a chcę by było dobrze. Nie wiem czy mogę zrobić cokolwiek czy tylko leżeć, czekać i dawać Jej pewność, że zawsze, zawsze przy Niej będę i nie ważne jak bardzo będzie Ona cierpieć, Ja będę starał się być dla Niej wsparciem które nigdy nie runie.
Dla mnie każda kłótnia jest okazją do naprawienia, zmienienia czegoś. Dla Niej jest cierpieniem. Lecz z każdym miesiącem rozumiemy się lepiej.

Kocham Cię, cieszę się, że mimo wielu przeciwności idzie nam tak dobrze. Wiem, że będzie coraz lepiej i każde z nas nauczy się i zrozumie siebie nawzajem. :*

środa, 6 lutego 2013

Kłótnie

Nie zawsze jest tak cukierkowo jak by się chciało. Już jutro będziemy ze sobą rok. Dla niektórych niewiele, dla mnie naprawdę dużo. Po przebytych związkach zaczynających się od długości tygodnia (tego nawet nie można liczyć) do 4 letniego ogromnego zaangażowania... rok z Nim to zupełna odmiana. Dotychczas albo byli to zupełnie nie znający życia chłopcy, albo skurwiele którzy z nieznanych mi przyczyn zapragnęli mieć dziewczynę. Czasem zastanawiam się po co?? - jeżeli związek z nią jest dla nich katorgą. Ale nie o tym teraz..
Nie oszukujmy się, że żaden związek nie jest idealny. Każdy się czasem kłóci. Czasami zastanawiam się czy to we mnie jest coś nie tak? Zostałam kiedyś nazwana toksyczną. Może coś w tym jest? Nie będę robiła z siebie ofiary - i tak w życiu wystarczająco nią jestem (a może tylko robię z siebie taką?). Pierwsza kłótnia boli, bo  pokazuje, że nie zawsze jest słodziutko, milutko i mysiopysiowato. Kolejne sprawiają, że dopuszczamy do siebie taki stan rzeczy. Gdy to wszystko się mnoży zastanawiamy się czy jest sens? Mam tak i nie chce się oszukiwać. Im bardziej bolą mnie słowa wypowiedziane w złości tym bardziej tracę pewny grunt pod nogami. Nie przestaję kochać. 
Czasami tak wiele chciałabym powiedzieć, wytłumaczyć, ale nie mogę. Zbyt wiele emocji wkładanych w związek sprawia, że coraz gorzej wszystko znoszę. Coraz częściej po prostu "znikam", odpływam. Gapię się w ścianę i staję się obojętna na wszystko. Tak jak miewałam to 2 lata temu... 8h patrzenia w ścianę, podczas gdy za oknem wszyscy cieszyli się sierpniowym słońcem... 
Czasem mam ochotę powiedzieć Mu jak to jest. Jak bardzo rani mnie jego brak wyczucia. Nie liczę, że zrozumie moją sytuację. A może liczę, że powie że wie jak to jest? Wiem, że On kompletnie nie wie jakie to uczucie, że absolutnie nie potrafi postawić się w mojej sytuacji... Jego niepohamowane pożądanie tylko pogarsza sytuację. Nie rozumie słowa "nie". I wtedy chce mi się płakać. Wtedy wszystko wraca... I wtedy pojawia się kłótnia. Może przyczyną jest moja niekomunikatywność? Podczas takich kłótni, na TEN temat czuje się cholernie samotna. Czuję, że On potrafi tylko krzyczeć lub wyrzucać mi za każdym razem te same argumenty... Gdy zaczynam płakać jest jeszcze gorzej. Tym samym pokazuję mu, że ma rację. A tak nie jest...
Bezsilność i niemoc w przekazaniu swoich chorych myśli jest czasem nie do zniesienia...A moja dusza pogrążona w stanie permanentnej depresji gaśnie coraz bardziej... (Tak. Trzeba przyznać przed samą sobą i Wam - ktokolwiek to czyta - mam depresję.)

poniedziałek, 4 lutego 2013

Bojler

Nawiązując do Jej posta: Rzeczywiście, to niesamowite co pokaz striptizu, oglądany nawet w telewizji, potrafi zrobić z kobiecym libido;) Z drugiej strony pozostaje to głupie uczucie, że jednak to nie nasz kaloryfer (miał być kaloryfer wyszedł bojler) wywołuje tą niepohamowaną chęć współżycia. Co daję mocno do myślenia w temacie wyhodowania takiej części ciała. Chociaż w moim przypadku bardziej by to przypominało wykopaliska, bo gdzieś tam ten kaloryfer jest tylko go zabudowało... Myśląc dalej tym torem jeszcze bardziej załamujące jest to, że to bożyszcze nastolatek i już dojrzalszych dziewczyn ma już na karku trzydziestkę. No cóż... On na pewno poświęca temu więcej pracy niż ja...

Myślałem o tym jak mógłbym opisać początek naszej znajomości no i zdecydowanie nie uda mi się uniknąć tu stwierdzenia, że jestem samcem i głównym czynnikiem był Jej wygląd fizyczny. Naszego pierwszego spotkania sprzed pięciu lat (a może i nawet sześciu...) i momentu w którym zostaliśmy sobie przedstawieni praktycznie nie pamiętam. Była Ona dziewczyną kolegi i była do tego prawdziwą szarą myszką, więc nie wzbudziła mojego zainteresowania. No ale kiedy któregoś dnia dostałem zaproszenie do znajomych od dziewczyny całkowicie mi obcej ale niesamowicie urodziwej nie mogłem się powstrzymać od dodania jej do znajomych (czego nie robię i jest tutaj Ona jedynym wyjątkiem od tej reguły). Pamiętam jak miło nam się rozmawiało i jak bardzo chciałem ją poznać by się przekonać, ze to co widać na zdjęciach jest tak samo urzekające w rzeczywistości. No i tu doznałem podwójnego zaskoczenia. Nie dość, że okazała się naprawdę piękną i zgrabną kobietą (świadczą o tym natrętne spojrzenia facetów, które z resztą doprowadzają mnie momentami do szału), to jeszcze ciepło i urok bijące od Niej nie pozwalały mi przestać o niej myśleć. No i tak mi zostało. Czasami czuję się tak jakbym został jej niewolnikiem i nie był w stanie spędzić chwili bez Jej obecności lub myślenia o Niej. I jest to cholernie przyjemne uczucie.

Oczy

Zaskakujące - jak bardzo film o gołych facetach, machających swoimi przyrodzeniami przed twarzami amerykańskich, mało urodziwych kobiet, jest w stanie nastroić mnie na seks z Nim. Bardzo trudno jest mi nakłonić samą siebie do tegoż aktu. Wpływa na to wiele rzeczy, nie jestem w stanie nawet w połowie ogarnąć swoich problemów z tym... ale nie o tym teraz. Mamy sobie film z Chaninngiem Tatumem, facet z naprawdę boskim spojrzeniem i niezłym ciałem. Z reguły nie zwracam na to uwagi, bo faceci u których widać każdy mięsień (jak jakieś chodzące modele anatomiczne do sekcji) nie są dla mnie podniecający. Dziwota, ale tak jest. Więc jest sobie taki Tatum, macha tyłkiem i mimo iż Mój nie jest wcale tak zbudowany to oczyma wyobraźni umiejscawiałam go w roli tytułowego Magic Mike'a... 
Im częściej jestem z nim blisko, tym bardziej czuje się kochana. Dobra, nie odkryłam Ameryki tym stwierdzeniem. Czasami oddalamy się od siebie. Zamiast jego kochanki, kobiety która może go pociągać czuje się jak zwykła koleżanka. O zgrozo, z reguły mam wtedy tzw. dres time - nie umalowana, w wyciągniętym dresie , nie jestem obiektem jego pożądania. Przynajmniej tak domniemam. Wiem, że zaraz by się oburzył, ale tak to jest, że kobieta zawsze chce w oczach swojego mężczyzny być takim osobistym wampem. I mam nadzieję, że dziś trochę mi się to udało. Najlepsze w tym wszystkim są jego oczy. W momencie, w którym nasz kontakt ogranicza się do odległości minusowej (if u know what i mean) tym bardziej jego oczy błyszczą i otwierają się przede mną. Nie musi wtedy mówić o swoim uczuciu. Ono po prostu wylewa się z jego brązowych tęczówek, błyszczy w świetle odbijających się ulicznych latarni i zapalonych w okolicznych blokach świateł (nie, nie kochamy się na ulicy). Za każdym razem, gdy tak na mnie patrzy, nie liczy się nic. Wtedy dopiero dociera do mnie jak bardzo jestem szczęśliwa. Codzienność gasi mi to uczucie, jednak jego oczy za każdym razem przypominają mi że nic się nie zmieniło, że On tu jest, że mnie kocha...

O wyglądzie. Zaczynamy...

Wygląd naszego bloga może nie należy do najlepszych, ale na razie tylko na tyle mnie stać. Jak to On powiedział "jest przesłodzony". Ok, to prawda. Cały czas będę próbowała nadać blogowi zadowalający mnie wygląd. Dobra, czas skończyć z opowiadaniem o pracach "moderatorskich" na blogu i przejść do sedna.

Mając około 16 lat spotkałam Go po raz pierwszy. Trudno mi nawet opisać to coś dziwnego co mnie do Niego ciągnęło. Tak wiem... miłość od pierwszego wejrzenia, motyle w brzuchu - nuda. To nawet nie było to. Od momentu gdy Go poznałam miałam nieudane związki, kochałam innych facetów. Jednak od zawsze On był dla mnie kimś nieosiągalnym, na jego widok zaczynałam przypominać bardziej nieociosaną kłodę niż rozmowną dziewczynę którą mógłby się zainteresować. W końcu był bożyszczem nastolatek i licealistek. Ja natomiast nie wyglądałam za specjalnie, przypominałam damskiego Austina Powersa, niż fajną laskę. A przecież tylko takimi się interesował. Miałam chłopaka, jego kolegę z resztą. Właśnie mój ówczesny chłopak nas ze sobą poznał. Nie pamiętam nawet tego momentu - w zasadzie nic wielkiego, podanie sobie ręki, zdawkowe "cześć". Ja nie zapadłam mu w pamięć, On mi tak. Potem widziałam go parę razy. Jakimś cudem po 5 latach jego profil polecił mi Facebook, On - jako sugerowany znajomy. W zasadzie to nie wiem, dlaczego dodałam go do swoich znajomych. Przecież tak naprawdę to się nie znaliśmy. Nigdy nie gadaliśmy, On mnie nawet nie pamiętał. Patrząc z boku, można nawet stwierdzić, że to trochę żałosne. Dodatkowym czynnikiem "żałościwości" jest fakt, że zostałam przyjęta do jego grona znajomych ze względu na swój wygląd... Niegdyś nie bardzo przypominająca dziewczynę, dziś zostałam uznana z piękność. Nieważne. Okazało się, że mogłabym rozmawiać z Nim godzinami, miesiącami, latami.
Aktualnie największym moim marzeniem jest móc rozmawiać z nim aż do końca swojego życia. (Rany, co za patos!)

niedziela, 3 lutego 2013

Także tego... Wkrótce nastąpi moderacja która sprawi, że pojawią się posty moje i jej. Nie wiem co byście chcieli wiedzieć o nas... Ja mam lat 24, Ona 22 wkrótce pojawią się tu posty w dwóch osobnych kategoriach. Jeżeli chodzi o ich treść, to nie będzie to nic specjalnego, po prostu nasze różne głupoty które zainspirowały mnie do założenia tego bloga. Nawet, jeżeli nikt na tym nie skorzysta, będzie to dla nas miła pamiątka związku w którym jesteśmy. Jedna rzecz jest dla nas niepojęta i wciąż nas zadziwia. Często, w danej chwili, myślimy o tym samym i ten blog ma byś tego odzwierciedleniem. Mam nadzieję, że posty będą się pojawiać często i zainteresują was na tyle, że będziecie nas czytać z dużą chęcią. Za wszelkie braki w ortografii i składni przepraszam, zdarza mi się popełniać błędy i za ich poprawianie nie będę się wkurzał. Moderację pozostawiam mojej 22-jce, ona zna się na tym lepiej niż ja. Do zobaczenia wkrótce, tylko ogarniemy stronę techniczną i przełamiemy swoje opory w pisaniu o prywatnych sprawach;)