Często mam ochotę napisać post na blogu, mam w głowie cały plan, a gdy biorę laptopa na kolana cała wena ucieka. Zastosuję tutaj bardzo poetyckie porównanie - moja wena ucieka, tak jak cała radość życia z Niego. Nie ma się jednak z czego śmiać, ponieważ to co się z Nim dzieje staje się dla mnie coraz cięższe do zniesienia. Jednak nie chodzi mi tutaj o znużenie czy zniecierpliwienie, ale komfort psychiczny. Gdy coś niedobrego dzieje się z osobą nam najbliższą czujemy niepokój, a przede wszystkim martwimy się. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że częściowo znam powód Jego stanu. Wiem dlaczego tak jest...ale nie potrafię mu pomóc. Czasami wyrzucam sobie, że to moja wina - nie poświęcam mu należycie czasu, nie mobilizuję go do zmian, nie jestem dobrą partnerką - niekiedy dochodzi to do stanu że jest nieszczęśliwy bo jest ze mną. Boje się, że ta druga część jego problemów o których nie chce mi mówić i które siedzą gdzieś w Nim głęboko dotyczy mnie i naszego związku. W moim przypadku - problemy zawsze upatruję w sobie...Kolejną sprawą jest fakt, że strasznie cierpię gdy widzę go w takim stanie. Na pewno nie chcę, aby skrywał się przede mną, udawał ze jest świetnie. Chciałabym jednak, aby coś zmieniło się w jego nastawieniu. Czasem boje się, że dopada go najzwyklejsza w świecie depresja - niemoc, przygnębienie, totalne zjazdy nastroju w dół.
Amplituda humorów i nastrojów sprawia, że opadają mi ręce, nie wiem co robić - już przytulenie, o którym tak wiele mówił (i zapewniał, że tylko tego mu trzeba w takich momentach) nie wystarczają...